Kraków
+48 503 164 521, 12 444 77 29
biuro@imageline.pl

„Największą karą dla mnie było zjedzenie obiadu poza domem”

2.02.2015 admin Wywiady

Rozmowa z Dominiką Wójciak
Rozmawiała: Agata Niemiec

Dzień Dobry Dominiko. Myślę, że jesteś najmłodszą gwiazdą naszych spotkań.

Naprawdę? To jest mi bardzo miło.

Dominiko, szykując się na to spotkanie stwierdziłam, że muszę się dużo najeść, żeby nie być głodna, bo ślinka mi cieknie odkąd zobaczyłam Twoją książkę. Gratuluję!

Dziękuję!

Wielki sukces i to przed trzydziestką, ale zacznijmy od tego, dlaczego tutaj jesteś. Gotowanie to Twoja wielka pasja, a udział w programie to potwierdził. Powiedz mi, jak to się stało, że zdecydowałaś się na udział w Master Chefie, a potem po prostu go wygrałaś?

Rzeczywiście wyglądało to, jakbym tam po prostu poszła i wygrała, choć wcale tak nie było. Jak to w życiu bywa, najtrudniejszy jest ten pierwszy krok i u mnie też tak było. Oczywiście słyszałam od swoich sióstr, od znajomych, że ja z tym moim „wydziwianiem” w kuchni to powinnam wziąć udział w jakimś kulinarnym programie. Traktowałam to jednak bardziej jak pochlebstwo, formę pochwały i nie traktowałam tego zupełnie poważnie.

Czyli to nie był Twój pomysł? Nie pomyślałaś: „jestem dobra, świetnie gotuję, ja im pokażę i wygram”?

Nie. To moje otoczenie mnie do tego pchnęło. Ja nawet nie śledziłam poprzednich edycji Master Chefa jakoś bardzo regularnie, nie wiedziałam kiedy są castingi i to, że znalazłam się w „Masterze” to był zupełny przypadek. Siedząc sobie w pewnego niedzielnego poranka przy śniadaniu, popijając kawę…

Z mlekiem? Z cukrem?

Bez mleka i bez cukru, od szóstej klasy nie słodzę.

Wiedziałam, że uda mi się z Tobą porozmawiać również o zdrowiu.

Tak już mam, kawę piję niesłodzoną, nawet kiedy zajadam słodką bezę.

Czyli popijając kawę…

Pijąc kawę i oglądając „Dzień Dobry TVN”, zobaczyłam Michela Moran, który zachęcał wszystkich do zgłoszenia się do programu. I pewnie sama też bym na to nie zareagowała, ale mój Michał, siedząc obok, popatrzył to na mnie, to na Michela i mówi: No to co, Donia, idziesz? Ja oczywiście wyśmiałam go, zapytałam, czy sobie ze mnie żartuje, poszłam po drugą dolewkę kawy… Ale ziarenko, które rzucił Michał, padło na podatny grunt. Następnego dnia, pisząc bloga stwierdziłam: zobaczę, czego będą ode mnie chcieli — i wysłałam formularz, a potem było już za późno. Za późno, żeby zastanawiać się, czy podołam, czy dam radę. Bo pewnie, gdybym podeszła do tego od tej strony, to zaczęłabym mieć wątpliwości, czy jestem na tyle dobra. I na pewno wymyśliłabym sobie ze sto argumentów, które potwierdzałyby, że nie warto brać udziału w programie, albo że ja sama nie dam rady. Dzięki temu, że to była zupełnie spontaniczna decyzja, to robiłam później wszystko, co mogę, by wyszło jak najlepiej. No i… tak wyszło.

To, że znalazłaś się w programie i mogłaś gotować, to oczywiście wzięło się z miłości do kuchni. A ta pojawiła się u Ciebie bardzo wcześnie. Czy to jest tak, że kiedy mama zachęca córki do wspólnego gotowania, to w którymś momencie dziewczyna zaczyna się w kuchni dobrze czuć? Czy to mama, otoczenie i rodzina sprawiły, że Ty się w kuchni dobrze poczułaś?

Myślę, że tak, bo to było moje naturalne środowisko. Środowisko, z którego wyrosłam. Bo to, że mama nas zabierała ze sobą do kuchni, to nie wynikało z tego, że chciała kobieco rozbudzać w nas pasję do kuchni.

A może chciała, żebyś była dobrze przygotowana do zamążpójścia?

W tym sensie pewnie tak, ale to bardziej było na tej zasadzie, że moja mama przejęła gotowanie od swojej mamy, a  ona od swojej i tak dalej. I to był dom, w którym wyrosłam. W moim domu się po prostu gotowało.

I zawsze jadłaś w domu. Wszystkie posiłki były przygotowywane przez mamę?

Tak, i to również było dla mnie ważne. Pamiętam, że kiedy byłam jeszcze całkiem małym szkrabem to największą karą dla mnie było zjedzenie obiadu np. u koleżanki. Bo tak bardzo nie znosiłam jedzenia poza domem, że ciężko mnie było przekonać. I nawet miałam podział na moje dwie babcie: bo jedna babcia, która mieszkała blisko, gotowała bardzo podobnie do mojej mamy i kuchnię tej babci bardzo często jadłam. A jak już jeździłam do tej drugiej babci, to nie do końca lubiłam jeść u niej w domu.

akt02022015xxx

To jak sobie radziłaś na studiach, gdzie właściwie nie ma czasu na jedzenie? Albo szybkie bary, albo słoiki?

Na studia zabrałam te swoje doświadczenia, które wyniosłam z domu. Albo dosłownie targałam w plecaku słoiki z różnego rodzaju smakołykami, albo też gotowałam sama w międzyczasie.

W akademiku?

W akademiku. Da się.

I wykarmiałaś swoim gotowaniem całe piętro?

Bywało tak. Za to moja koleżanka była wegetarianką i do niej mniejsze kolejki po jedzenie się ustawiały, więc ja często jadłam jej makaron ze szpinakiem.

A myślałaś w czasie studiów o swojej przyszłości? Kim chciałaś zostać? Bo studiowałaś na AGH, i jesteś magistrem geodezji.

Tak, jestem geodetką. Studia wybrałam na podstawie swoich umiejętności szkolnych. Wyszło mi z tych moich ocen, że chemia, matematyka i fizyka to takie kierunki, w które powinnam uderzyć. I tak jakoś wypadkowo wyszła ta geodezja. I to były świetne studia. Myślę, że jestem osobą, która realizuje swoje plany. Podążam drogą, na którą weszłam. I w trakcie studiów nie przyszła mi chyba do głowy jakaś inna możliwość, żeby zostać kimś innym niż geodetą. W planie miałam po prostu skończenie studiów i zgodnie z tym, jak sobie to wyobrażamy, znalezienie pracy, potem wybór męża i tak dalej, i tak dalej.

Przeglądałam materiały w Internecie i zauważyłam, że ludzie darzą Cię ogromną sympatią. Ty nie masz „hejterów”. Zauważyłaś to? Jesteś młoda, ładna, osiągnęłaś sukces przed trzydziestką, prowadzisz fajnego bloga, masz sympatycznego chłopaka… I nikt Ci nie „dowala”!

Generalnie tak, zauważyłam. Moją receptą na udział w programie było bycie sobą i to mi chyba wyszło. Wydaje mi się, że nie zatraciłam swojego człowieczeństwa w całej tej telewizji.

A wokół siebie czułaś rywalizację? Czułaś, że ktoś obgryza paznokcie?

Może paznokcie nie do końca były obgryzione, ale rywalizację było czuć, oczywiście. Trudno było od tego uciec. Od porównywania się do kogoś innego, albo oceniania swoich możliwości na tle innych, to było naturalne. Ale nie było tam na pewno czuć złej rywalizacji, złośliwości, nie. Raczej sobie pomagaliśmy, na przykład sama jednej ze swoich konkurentek użyczyłam masło, bo Karina zapomniała masła do ciasta, którego nie mogłaby bez niego upiec.

Co Tobie dał ten program?

Na pewno jestem odważniejsza, przynajmniej trochę, bo całkiem odważna to chyba nigdy nie będę. Ale dał mi też świadomość, że czasem nie warto zastanawiać się i myśleć, czy coś zrobić, czy czegoś nie zrobić. Po prostu trzeba działać, zwłaszcza jeżeli się to lubi i wkłada się w to mnóstwo pracy i determinacji to w końcu się ten sukces osiągnie. Bo gdybym miała ocenić siebie, czy jestem osoba dążącą do sukcesu, to chyba powiedziałabym, że nie. Ale jak widać, swoją ciężką pracą i poświęceniem, jakkolwiek banalnie by to nie zabrzmiało, wygrałam Master Chefa. Gdyby mi to ktoś powiedział rok temu to równie dobrze uwierzyłabym w to, że mogę na długi weekend majowy polecieć na Księżyc.

Czy teraz, myśląc o sobie za dziesięć lat absolutnie widzisz siebie w kuchni? Czy to będzie Twój sposób na życie zawodowe i będziesz kontynuować to wszystko? Wiem, że planujesz otworzyć restaurację.

Jak najbardziej! Chociaż nie nazywam tego restauracją, ale moim „miejscem”. Bo jak się zastanawiałam nad tym, jak chciałabym, żeby to wyglądało to chciałabym tam po prostu karmić ludzi. To jest tak dobra rzecz. Oczywiście zdrowo, bo nawet jeżeli pieczemy ciasto z masłem, to ono może być zdrowe, naprawdę.

No właśnie! Dominiko, a Ty? Dużo jesz? Oprócz gotowania, które kochasz, spodziewam się, że jesz więcej i bardziej różnorodnie niż inni.

Jem dużo, faktycznie. I czasem mam z tego powodu problemy, zwłaszcza zimą zbieram sobie tu i ówdzie, ale potem zrzucam. Ale w tym całym moim jedzeniu na pewno mam dużą świadomość produktów. Mam manię czytania etykiet i składów na opakowaniach, już tego nawet nie kontroluję. Jeżeli wchodzę do sklepu i sięgam po coś, czego nie znam, pierwsze co robię, to odwracam opakowanie i czytam skład.

I jakich produktów szukasz?

Znowu powiem banalnie, ale szukam tych prostych, nieprzetworzonych. Im prostszy skład, tym lepszy produkt. Wyrzekam się jedzenia z puszek, słoików — chyba, że sama wypełniłam je czymś pysznym i zdrowym. Jeżeli wybieram produkty, to staram się również wybierać to, co lubię, czyli warzywa, pełnoziarniste kasze i makarony. Lubię też, kiedy w kuchni nic się nie marnuje. Kiedy np. piekę kaczkę, to potem korpus z kaczki, który zostaje wykorzystuję do bulionu w azjatyckim stylu z anyżem i innymi przyprawami.

A dzień zaczynasz od owsianki?

Kocham owsiankę. Jem ją codziennie rano, zwłaszcza w tygodniu. Kulinarne fanaberie, jak np. śniadaniowe racuszki itp. zostawiam sobie na weekend. A racuchy robię zdrowe, bo np. z kaszy jaglanej.

A opowiedz nam o tej owsiance. Jak ją przyrządzasz? Kiedy ją gotujesz, to dodajesz do niej np. miód, cynamon, inne pyszności?

Jeżeli używam przypraw to nie dodaję miodu, bo np. cynamon sam w sobie osładza owsiankę. Najpierw gotuję ją na wodzie, potem dodaję mleka. Najbardziej lubię płatki owsiane górskie, grube i ciężkie. One są najsmaczniejsze. A ostatnio odkryłam też płatki angielskie, długo nie mogłam ich znaleźć w Polsce, bo nie umiałam przetłumaczyć sobie tej nazwy, u nas nazywa się to kaszą owsianą. I od jakiegoś czasu mieszam płatki owsiane z tą kaszą owsianą i gotuję to w wodzie, potem dolewam mleko lub jogurt. Jogurt oczywiście naturalny, nigdy nie kupuję jogurtów owocowych.

A dodajesz owoce do jogurtu?

Tak, jak najbardziej. Ale owocowego jogurtu nie kupiłam już… oj nie wiem, chyba na studiach ostatni raz.

Zapytam Cię jeszcze, bo przyznam się szczerze, nie umiem gotować, o tę restaurację, o której mówiłaś. Bo widzisz siebie w kuchni za dziesięć lat?

Tak. I też chciałabym, żeby jedzenie w restauracji było zdrowe. Bo w mojej wizji to „miejsce” będzie miało w karcie 6–8 dań, które będą zmieniać się codziennie, choć mój Michał, ze swoim ekonomicznym podejściem, trochę mnie „młotkuje”.

Czy to będzie miejsce w Krakowie?

Oczywiście! Chociaż chciałabym kiedyś stworzyć takie wymarzone miejsce gdzieś na wsi, gdzie ludzie będą przyjeżdżać, będą pokoje, koza w ogródku… Tylko z daleka od jakichś turystycznych miejscowości. Mały domek w lesie…

To my przyjedziemy, tylko podaj adres.

Jak tylko coś znajdę, to dam znać.

A czy Ty sama lubisz chodzić do restauracji?

Hmm… Lubię, bo jest to za każdym razem ciekawe doświadczenie.

Czy jest gdzie dobrze zjeść w Krakowie?

Myślę, że jest. Aczkolwiek, przez to moje zakręcenie na punkcie gotowania w domu, to naprawdę rzadko wychodzę. Częściej to mnie w domu odwiedzają znajomi i ja gotuję. Ale ja strasznie lubię gościć innych, więc to też jest dla mnie przyjemnością i zawsze mam problem, kiedy ktoś mnie pyta, jakie miejsce w Krakowie polecam.

Sama, przez to że nie wychodzę zbyt często, nie mam jakiejś konkretnej listy restauracji, które odwiedzam regularnie. Poza tym, miejsca się zmieniają, to wszystko jest bardzo płynne. Niektóre miejsca mają problemy z utrzymaniem standardów, które prezentowały na początku. I to jest smutne, bo goście się przywiązują i chcą zjeść dobrze — dlatego tam przychodzą. A potem się okazuje, że parmezan w ich ulubionym daniu zastępowany jest czymś innym i jest co raz gorzej.

Zamierzasz w swoim kulinarnym miejscu gotować samodzielnie?

Oczywiście! Ja nie chcę mieć restauracji, w której będę panią właściciel i będę tylko wskazywać palcem. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której zatrudniłabym szefa kuchni. To u mnie mija się z celem. Bo gdybym miała go zatrudnić, to musiałabym zrezygnować ze swoich pomysłów na koszt pomysłów tej osoby. a takie boksowanie nie ma najmniejszego sensu. To ma być moje miejsce. Żebym z czystym sercem mogła powiedzieć, że zapraszam gości do swojej restauracji. Zatem na pewno menu i cała kulinarna strona restauracji będą spoczywać na mnie — i nie ukrywam — strasznie się z tego cieszę. Ale na pewno będę potrzebowała menagera, bo ja to nie bardzo umiem zarządzać i z tym może być problem.

Myślisz, że to będzie miejsce w centrum, czy gdzieś dalej? Czy uważasz, że mogłabyś „wpakować” się ze swoim miejscem w Rynek Główny, gdzie jest mnóstwo turystów, licząc na szybki sukces, czy poszukasz miejsca, do którego będzie trzeba trafić?

Na pewno nie chciałabym opierać się w tym momencie na jednorazowym kliencie. Nie chciałabym opierać swojego sukcesu na osobach, które przychodzą zjeść i odchodzą, nigdy więcej nie wracają, bo trafili gdzieś przypadkiem. Chciałabym, żeby do mojego miejsca przychodzili goście, którzy będą wiedzieli, że można u mnie dobrze zjeść .

Czy uważasz, że my, Polacy jesteśmy takim społeczeństwem, które biesiaduje, lubi w weekendowe popołudnie wyjść z rodziną i zjeść na mieście?

Myślę, że co raz częściej wychodzimy. Mamy też co raz większe oczekiwania. Chcemy jeść zdrowo, dobrze, smacznie, odróżniamy produkty dobre od złych, mamy większą świadomość. I to chyba też jest zasługa, między innymi, programów kulinarnych, które popularyzują kulinarną wiedzę i świadomość tego, co jemy. To chyba jest taki kolejny krok społeczeństwa na drodze do sukcesu. Tyle już osiągnęliśmy, mamy dom, mieszkanie, samochód, wykształcone dzieci, jeździmy na wakacje, to chcielibyśmy i zacząć jeść poza domem, w restauracjach.

A czy drzwi Twojej restauracji będą otwarte dla właścicieli psów?

Chętnie ich przyjmę. I miseczka z wodą będzie czekać.

A dzieci przewinąć będzie można?

Myślę, że takie zaplecze jest bardzo ważne. Sama mam przyjaciółkę, która ma teraz małe dziecko, i wiem, jakie to jest uciążliwe, kiedy trzeba przewinąć dziecko gdzieś na kolanie albo w innym niewygodnym miejscu. Wydaje mi się, że zorganizowanie takiego kącika nie jest wielkim kosztem, a jest ogromną dogodnością dla mam.

Wygląda na to, że Ty masz już gotowy pomysł na własne, fajne miejsce, trzeba teraz wziąć się za to i ten pomysł realizować. Kiedy otwarcie?

Nie powiem jeszcze konkretnej daty, bo nie chciałabym zapeszać. Myślę, że w ciągu roku to będzie dobry czas, bo chciałabym jeszcze zainwestować w siebie, troszeczkę się douczyć.

A co jeszcze chcesz doszlifować? Czego Ci brakuje? Jaką wiedzę chcesz zdobyć?

akt02022015xxxxNa pewno chciałabym zobaczyć jak działa organizacja pracy w kuchni, bo ja nigdy w profesjonalnej kuchni nie pracowałam. Kelnerowałam, owszem, ale nie miałam okazji widzieć jak ta profesjonalna kuchnia wygląda „od kuchni”. Chcę nauczyć się też zarządzania produktami, zamawiania wszystkiego, co potrzebne, to muszę na pewno jeszcze podpatrzyć. I tak mi się wydaje, że nigdy nie przestanę się w kuchni uczyć. Co raz to nowe składniki, co raz to nowe przepisy… podróże kulinarne, łączenie składników, na naukę tego wszystkiego nigdy nie będzie za późno.

Podróże chyba są dla Ciebie taką nauką, to już wiemy. a przed Tobą teraz jakaś podróż?

Tak, niedługo będę już w Rio!

I podejrzewam, że o kuchni Ameryki Południowej już dużo wiesz? Przygotowujesz się do podróży pod kątem kulinarnym?

Zazwyczaj pierwszym z rozdziałów przewodnika turystycznego, który czytam przed podróżą, jest ten o lokalnej kuchni. Także jakieś pojęcie mam. Na pewno chciałabym w Argentynie wypić sporo czerwonego wina, dla zdrowia, bo muszę dać radę nieść swój plecak.

To podróżujesz z plecakiem? Nie wybierasz opcji All-inclusive?

All-inclusive jest świetną opcją, kiedy mogę na urlop zabrać osiem książek i nadrobić w spokoju zaległości z czytania. Natomiast najchętniej odpoczywam aktywnie, czyli z plecakiem spakowanym do granic możliwości, z przewodnikiem pod pachą.

Powiedz mi teraz Dominiko, czy zgadzasz się z powiedzeniem „przez żołądek do serca”? Czy u Ciebie też się to sprawdziło? Jeżeli tak, to dawaj przepis, szybko! Kolacja? Obiad? Śniadanie?

To była kolacja, jakieś siedem lat temu. Gotowałam wtedy po domowemu, w trakcie moich studiów, dopiero zaczynałam swoją pracę jako kelnerka we włoskiej restauracji. Poznawałam wtedy nowe produkty, które zaczęłam zaszczepiać w swojej kuchni. I tak sobie wtedy pomyślałam, że temu mojemu „Miśkowi” to nie mogę ugotować takich zwykłych rzeczy, muszę wzbić się na wyżyny. I oczywiście znalazłam przepis na spaghetti z serkiem mascarpone, cytryną i różowym pieprzem — pamiętam, że za tym różowym pieprzem to zjeździłam chyba cały Kraków.

I co?

To było niejadalne! Chciałam pokombinować, wyszła z tego totalna klapa, więc kolacja skończyła się tym, że na stole był chleb, oliwa i czerwone wino.

Mówią, że mężczyźni lepiej gotują od kobiet. Czy zgadzasz się z tym?

Nie. Wydaje mi się, że to nie jest dobre określenie. Bo to nie jest tak, że mężczyźni lepiej gotują od kobiet, tylko chyba jest im łatwiej niż kobietom zostać profesjonalnymi kucharzami. Na pewno jest więcej szefów kuchni, niż szefowych. Pewnie dlatego, że jest to praca, która wymaga ogromnego poświęcenia jeżeli chodzi o czas. Pracuje się po 16 godzin, i nie chodzi tu o uwarunkowania fizyczne, tylko najczęściej my, kobiety, mamy też inne obowiązki i ciężko nam np. zostawić dziecko na 5 dni w tygodniu praktycznie bez mamy. Z tego względu nas, kobiet, jest w kuchni profesjonalnej tak mało. a jeżeli już są, to są to kobiety, które jeszcze nie mają dzieci. Często spotykałam się z opiniami dziewczyn, które chciały związać swoje życie z profesjonalną kuchnią, że na prawdziwy rozwój w zawodzie mają tylko jakieś 3-4 lata, bo potem, kiedy pojawi się dziecko, już nie będą w stanie poświęcać tyle czasu swoim karierom.

Masz czasem taki dzień, że wstajesz rano i mówisz: Nie. Dzisiaj nie będę gotować?

Nie, tak nie mam. Były takie momenty, kiedy pracowałam nad książką i robiłyśmy z Natalią (fotograf red.) sesję zdjęciową. Wszystkie zdjęcia do książki zrobiłyśmy w pięć dni — 87 przepisów — to była dla mnie masakra.

87 przepisów i Ty to wszystko musiałaś ugotować?

Tak, gotowałyśmy to u mnie w domu. a potem wszyscy moi sąsiedzi byli zadowoleni. Następnego dnia wstałam rano, zalałam płatki owsiane wodą, poprosiłam Michała o kawę i powiedziałam: dzisiaj wychodzimy.

Kapitalna sprawa. Zrobiłaś 87 przepisów w pięć dni, a jak wyglądało samo wydanie książki?

Finał programu nagraliśmy 10 lipca, poprosiłam wtedy TVN o wytyczne co do książki, bo czułam, że będę miała mało czasu na jej przygotowanie. Wytyczne dostałam dopiero na początku sierpnia, kiedy dograne były sprawy między TVNem a wydawnictwem Pascal, z którym świetnie mi się współpracowało. Miałam na napisanie książki miesiąc. To również był dla mnie bardzo trudny czas.

A te 87 przepisów, to miałaś gdzieś tam w zeszycie pozapisywane, czy w międzyczasie coś wymyślałaś, miałaś wizję książki?

Nie wiedziałam na początku, jakie dostanę wytyczne. Wydawało mi się, że bardzo wiele rzeczy zostanie mi narzuconych, że będę musiała dostosować się do pewnego schematu. W momencie, kiedy poproszono mnie, bym przedstawiła swoja wizję tej książki byłam przeszczęśliwa. a jak mnie zapytano, czy mogę polecić kogoś, kto zrobi zdjęcia, to już w ogóle. Na początku zaczęłam wypisywać swoje ulubione pomysły albo przepisy lub pomysły, które chciałam przetestować. Wiedząc, że przepisów ma być około 70., tak sobie je wypisywałam i wypisywałam, a jak je wszystkie podliczyłam, to wyszło ich ze 120. Miałam więc spory materiał, nad którym mogłam pracować. Ale to nie na tym polegała trudność w tej pracy. Bo jeśli chodzi o przepisy, to nie miałam z tym większego problemu. Bardzo chciałam, żeby książka była taka bardziej moja, bardziej spersonalizowana, dlatego jest w niej bardzo dużo treści. Każdy przepis ma swoją historię, każdy rozdział pokazuje, jaki wpływ miał on na moje gotowanie, na to jak teraz podchodzę do jedzenia i to właśnie zajmowało mnie najbardziej. Kiedy skończyłam pracę nad książką, miałam wrażenie, że stworzenie zdania wielokrotnie złożonego jest dla mnie niemożliwe.

A planujesz wydać kolejne książki? Jak się odnajdujesz w takiej formie?

Miałam taki pomysł, żeby każdy z rozdziałów pierwszej książki rozwinąć w oddzielną książkę, bo są dosyć pojemne. To jest fajne uczucie, jak się widzi w księgarni swoją książkę na półce, a ludzie stoją, przeglądają ją i mówią do siebie „zobacz jakie fajne!”, kiedy ja stoję niedaleko, incognito, bez makijażu, w czapce naciągniętej na nos.

Gratuluję Ci tej książki, ja ją sobie postawiłam w kuchni na ważnym miejscu. Na razie oglądam i czytam. Ale wiesz, ja też mogę się zmienić. Powiedz nam jeszcze, jaki jest Twój stosunek do słodyczy? Kochasz, lubisz?

Lubię słodycze, bardzo. I jestem „słodkolubkiem” na pewno, natomiast staram się nie piec ich zbyt dużo. Staram się rozpieszczać wypiekami, raczej nie ma ich u mnie codziennie, bardziej raz w tygodniu, kiedy pojawiają się goście. Mam też skłonność do pieczenia w mini foremkach. Mam np. tortownicę o średnicy 9cm. Dosłownie na cztery kawałki ciasta. To również jest dobre rozwiązanie pod względem ekonomicznym, bo nie martwię się potem, że to ciasto stoi i trzeba je zjeść, żeby nie musieć go wyrzucić. Piekę raczej w małych ilościach, a jak piekę w dużych, to moi sąsiedzi znowu są zadowoleni.

Chciałabym zapytać Cię również o Twój styl życia. Jesteś osobą młodą, dynamiczną, masz dużo energii – jak ją, poza kuchnią, wykorzystujesz? Lubisz sport?

Lubię sport. Lubiłam zawsze pływanie, bo ono jest takie spokojne. Nigdy w pływaniu z nikim nie rywalizowałam, nie lubię rywalizacji w sporcie. Więc pływanie było dla mnie formą spędzenia czasu sam na sam ze sobą. Robiąc kolejne baseny miałam czas, żeby pomyśleć o różnych rzeczach. Pływając robię sobie podsumowanie dnia. Dlatego też nie lubię wychodzić na basen z kimś, bo kiedy ktoś mi towarzyszy, np. koleżanka, to zwykle połowę czasu przeznaczonego na pływanie przegadujemy.

Zatem lubię basen, najczęściej rano, jeszcze przed śniadaniem, czasem nawet o szóstej. Jestem typem skowronka, wolę wcześniej wstać, niż późno się kłaść. Chociaż ciężko jest mi to praktykować np. w styczniu. To dla mnie taki miesiąc, w którym nawet ja, mimo, że lubię wcześnie wstawać, nie mogę otworzyć oczu i zwlec się z łóżka. Ale wolę rano wstać, żeby mieć więcej energii w ciągu dnia, zwłaszcza, jeżeli uprawiam rano sport. Przekonałam się tez do biegania. a całe życie myślałam, że nienawidzę biegać, że jestem ostatnią osobą, która powinna biegać, że to jest najgorszy sport z możliwych. Jednak próbując po troszku przekonałam się. Mój najdłuższy dystans to 16km. Więc już lubię bieganie i ono też jest dla mnie trochę terapią. To moja forma spędzania czasu.

A jak jest u Ciebie z profilaktyką? Jesteś bardzo młodą osobą. Mówi się, że po 25. roku życia nasz organizm zaczyna się starzeć. Ale czy Ty myślisz tak świadomie o tym? Czy wierzysz w to, że Twoje zdrowie jest w Twoich rękach?

Myślę, że przez długi czas nie zwracałam na to uwagi. I jak to często bywa, dopiero kiedy w rodzinie zdarza się jakaś choroba, to dopiero wtedy zaczynamy zwracać uwagę na to nasze zdrowie. I długo w ten sposób do tego podchodziłam, że przecież jestem młoda, biegam, jem w miarę świadomie. Świadomość tego, co się je jest dla mnie jednym z najważniejszych czynników dbania o zdrowie. Wydawało mi się, że dopóki nic mi nie jest, to nie mam potrzeby skupiania się na sobie w kwestii badań.

Moja mama natomiast ma dużo sióstr i trzy z tych sióstr chorują na raka piersi i to też mi trochę pokazuje, że trzeba badać się profilaktycznie. Sama też mam trzy młodsze siostry i razem z mamą wzajemnie się pilnujemy. Ja dzwonię do mamy i pytam, czy była na badaniach, potem ona dzwoni do mnie i pyta, jak tam u mnie. Wzajemnie wymieniamy się tym „pilnowaniem”. Jedna z moich sióstr jest farmaceutką i też ma takiego swojego hopla na punkcie zdrowia i profilaktyki, więc nas wszystkie na swój sposób monitoruje i sprawdza. Na pewno nie jestem osobą, która myśli tylko o tym, ale staram się co 1,5 roku robić USG piersi, regularne badania cytologiczne, te wszystkie nasze kobiece rzeczy. Robię też podstawowe badania krwi co jakiś czas.

Twoja mama musi być z Ciebie strasznie dumna?

Chyba jest. Teraz już częściej mi o tym mówi. Kiedy byłyśmy młodsze to nie do końca obnosiła się z uczuciami. To był taki styl wychowywania. Nie do końca lubiła nas chwalić przy nas, po czym jadąc np. z moją ciocią dowiadywałam się, że moja mama nas bardzo chwali wśród innych. I zastanawiałam się wtedy, czy ona na pewno mówi o mojej mamie? Tak to było, to była forma motywowania nas do działania.

Gdyby ktoś Ci powiedział, że miejsce kobiety jest w kuchni, to byś się obraziła?

Nie! Bo ja sobie sama to miejsce wybrałam. Ja się tam dobrze czuję, relaksuję się przy gotowaniu.

Jestem bardzo szczęśliwa, że mogłam Cię poznać Dominiko. Dziękuję.

Mnie również było bardzo miło.

 

Redakcja: Anna Cieślik (ILC)

Skorzystaj z poniższego formularza, aby skontaktować się z Nami





Imię i nazwisko (wymagane)

Adres email (wymagane)

Temat

Treść wiadomości